Mam jakieś takie nieodparte wrażenie, że pomimo tego, iż w internecie krąży coraz więcej zdjęć, filmików różnych osób, pokazujących siebie, swoje życie itp. - ogólny ekshibicjonizm - to coraz mniej prawdy nas otacza. Z filmików uczymy się jak robić makijaże, które całkowicie zmieniają nasz wygląd, czasem dodając nam pewności siebie, otuchy itp. Ale czy to poczucie pozostanie w nas w momencie gdy zmyjemy ten makijaż? Czy raczej pozostanie poczucie, że kłamiemy? Uczymy się tricków aby kogoś poderwać, zwrócić na siebie uwagę itp. Uczymy się manipulowania rzeczywistością i czyimiś odczuciami. Jest to mniej ryzykowne niż zaproszenie kogoś do swojego świata. Świata, w którym jesteśmy niedoskonali, z bliznami, z cellulitem, piegami, nadwagą, wadami, przyzwyczajeniami, chorobami, słabościami, gdzie mamy swój bałagan i swoje wspomnienia. Boimy się albo wątpimy, że ktoś mógłby nas takimi pokochać czy zaakceptować. Poza tym dopuszczając kogoś tak blisko, musimy liczyć się z tym, że gdyby coś nie wyszło to nasz świat zostanie naruszony - a my zostaniemy z problemem jak go naprawić. W ten sposób mamy jakąś ogólną wizję siebie, którą przedstawiamy na zewnątrz - jest ona mniej lub bardziej prawdziwa, ale rzadko kiedy w 100% prawdziwa. To taki mechanizm obronny, który działa do czasu... do czasu aż poznamy kogoś, komu chcemy się przedstawić i opowiedzieć o sobie wszystko. Wtedy słowa same się znajdują - tak jak i klucze do naszego świata. Bo w gruncie rzeczy, każdy z nas chce byś zauważony, dostrzeżony, doceniony, zaopiekowany. Chcemy coś znaczyć dla kogoś. I raptem okazuje się nie nie musimy być podziwiani i zauważani przez cały świat - że wystarczy nam ta jedna osoba, która będzie nas doskonale znała. Poznawanie kogoś zawsze kojarzyło mi się ze zwiedzaniem miasta w obcym państwie. Znasz tylko kilka słów w tym obcym języku, zwiedzasz, rozglądasz się, podziwiasz ale i krytykujesz... smakujesz i chłoniesz to wszystkimi zmysłami. Z czasem uczysz się co smakuje Ci najlepiej, co robić w niepogodę. Każdy z nas jest takim miastem - mamy swój zadbany i pokazowy rynek, mamy też i mroczne dzielnice... swoje regionalne zwyczaje... swoją historię (często pełną wojen i pogorzelisk). W niektórych miastach aż chce się żyć, a z niektórych wolelibyśmy uciec. To cudowne móc zwiedzać ludzi... dzięki temu sami zwiedzamy siebie.
Wśród licznych filmów, które udało mi się obejrzeć, znalazło się pewne określenie, które ubóstwiam, gdyż najbardziej oddaje istotę posiadania "swojego człowieka". Niestety nie pamiętam tytułu tego filmu, ale padło w nim stwierdzenie, że każdy z nas szuka swego "świadka na życie". Potrzebujemy kogoś kto zaświadczy o naszych uśmiechach, łzach, zmaganiach, uczuciach, marzeniach, sukcesach itp. Stąd pomimo że możemy schować się przed światem, potrafimy zbudować nasz wewnętrzny świat, do którego zaprosimy starannie dobrane osoby i przerzucimy im mosty albo z którymi te mosty zbudujemy.
Moja pasja do pisania i wyklejania różnych rzeczy, dzięki obecnemu trendowi, zyskała nazwę - #scrapbooking albo #journaling . Oczywiście nazwa anglojęzyczna w jakiś "magiczny" sposób nobilituje to zajęcie - "pamiętnikarstwo" nie brzmiałoby tak elegancko. I tak oto po wielu latach pisania pamiętników (ponad 20), dotarłam do takiej artystycznej formy, która mi odpowiada. Przy czym przestałam się przejmować czy będzie się to podobało komuś - ważne abym ja była zadowolona z tego w jaki sposób zaopiekuję moje wspomnienia. O ile podoba mi się zamieszczanie wydzieranych kartek ze starych książek, tak nie odważyłabym się by własnoręcznie takowej kartki wyrwać. Korzystam z nich dzięki uprzejmości moich #PenPals albo ze znalezionych i życzliwie udostępnionych luźnych kartek, znalezionych w antykwariacie. Stąd mogę z całą stanowczością powiedzieć, że z mojej ręki żadna książka nie ucierpiała :) Tak wygląda przykładowa przygotowana strona w oczekiwaniu na zwierzenia i tajemni...

Komentarze
Prześlij komentarz