Ile razy zdarza się robić dobrą minę do złej gry? Ile razy przechodzimy nad czymś do porządku dziennego, mimo że wciąż nas to boli? Czy jest to kłamstwo? A może zobojętnienie? Strach?
Nie mam zbyt dużego doświadczenia w związkach ale zaobserwowałam kilka zależności. Mamy tendencję do niezauważania momentu gdy to co nas do tej pory zachwycało, staje się codziennością, czymś stałym… pewnym… aż w końcu zaczyna nawet drażnić. Nie chodzi o to by chodzić w ciągłym zachwycie – tak się nie da. Ale by szanować to co mamy… to co wypracowaliśmy… to co stworzyliśmy… Narzekamy na powtarzalność rozmów – te same pytania i tematy… te same odpowiedzi… Zapominamy jak ważne jest to, że po pierwsze: jest ktoś, kogo interesuje nasz dzień, po drugie: mamy kogo zapytać o jego dzień… Mimo że znamy odpowiedź lub możemy ją założyć z dużym prawdopodobieństwem – to nadal jest ważne… To sprawia między innymi, że stajemy się widzialni. Sprowadzanie takich rozmów do miana „blablabla” albo „denne” sprawia, że poniżeni przestajemy mówić… rozmawiać… słuchać… chowamy się… a w końcu – znikamy. Bycie niewidzialnym… niezauważalnym w związku to coś najbardziej zimnego co znam. Odechciewa się wszystkiego… zarzucamy staranie się… odkładamy na potem odpisanie na wiadomość… nie mówimy „kocham Cię” przed snem, albo rzucamy je od niechcenia… ani „dzień dobry” czy „miłego dnia”… nie całujemy się na do widzenia… wynajdujemy dodatkowe zajęcia by nie spędzać razem czasu…
Staram się być 100% szczera i poniekąd oczekuję takiej samej szczerości wobec mnie. Tak, wiem że brzmi to wydumanie, ale piszę to z całą odpowiedzialnością i pewnością. Ale… gdy ktoś mnie zrani zbyt wiele razy albo zbyt mocno… gdy ktoś oddala się (i nie chodzi tu wcale o odległość liczoną w metrach czy kilometrach) ode mnie albo odsuwa mnie… mój procent szczerości maleje, a ja zaczynam przybierać pozę pozornie z dobrą miną ale nie potrafię już zdobyć się na bliskość… o intymności już nawet nie wspominając… Chowam się w sobie pozostawiając tylko ledwie uśmiechniętą fasadę. I czekam… najpierw z nadzieją, że ktoś się opamięta (wszak każdy zasługuje na drugą szansę)… a potem zaczynam zapominać… wspólne chwile… rozmowy… spojrzenia… W końcu odchodzę… prawie niezauważenie… Dlatego w sumie gdy odejdę to tak naprawdę nie mam do czego wracać… bo tam nie zostało już nic...
Idziemy przez nasze życia walcząc o spełnienie swoich marzeń a gdy ledwo wylądują nam na dłoni, zaczynamy wybrzydzać i szukać czegoś innego… Wyrzucamy ludzi i ich uczucia, zapominając jak cudowni dla nas byli jakiś czas temu i nie dostrzegając jak ważni dla nas są teraz... Przecież to, że możemy ich traktować jako "pewnik" nie oznacza nic innego jak to, że stworzyli poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji... zaufanie... spokój... W dzisiejszym świecie to cenniejsze niż złoto...
Idziemy przez nasze życia walcząc o spełnienie swoich marzeń a gdy ledwo wylądują nam na dłoni, zaczynamy wybrzydzać i szukać czegoś innego… Wyrzucamy ludzi i ich uczucia, zapominając jak cudowni dla nas byli jakiś czas temu i nie dostrzegając jak ważni dla nas są teraz... Przecież to, że możemy ich traktować jako "pewnik" nie oznacza nic innego jak to, że stworzyli poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji... zaufanie... spokój... W dzisiejszym świecie to cenniejsze niż złoto...

Komentarze
Prześlij komentarz