Zaufanie jest jednym z najpiękniejszych odczuć jakie znam. Związane jest bardzo silnie z poczuciem bezpieczeństwa i nadzieją. Jeszcze pamiętam jak to jest czuć tę pewność, że mogę na kogoś liczyć i że ten ktoś mnie nie zdradzi. Nie zdradzi nie tylko w sensie seksualnym, ale i emocjonalnym. Z czasem odbierałam coraz to bardziej gorzkie lekcje. W podstawówce zarówno od dzieci jak i od wychowawczyni, która stwierdziła, że dobrym pomysłem jest poddanie pod głosowanie (pod moją nieobecność) dzieciom z klasy mojego (i tylko mojego) stopnia z zachowania. W liceum gdy "koleżanka" zrobiła publiczny odczyt mojego pamiętnika. Na studiach - gdy dowiedziałam się, że ktoś mi bliski używa tego z czego się zwierzyłam do żartów i pokazywania siebie w lepszym świetle. Takich sytuacji było mnóstwo. Były również w domu - gdy przez pewien czas był przede mną ukrywany alkoholizm partnera Mamy (oczywiście dla mojego dobra), którego kochałam ponad życie, a gdy to gruchnęło to wysypało się również drugie kłamstwo - że nie był to mój prawdziwy tata. Że prawdziwy tata nie żyje. Pamiętam bardzo dobrze jak się poczułam gdy to usłyszałam... jakbym straciła kotwicę i oddalała się od bezpiecznego brzegu. Nie czułam przy tym lęku czy tęsknoty. Czułam obojętność i osamotnienie. Chciałam po prostu zniknąć. Dosłownie. Po kilku miesiącach myślałam, że wszystko wróciło do normy. Pozornie.
Nie zauważyłam nawet kiedy stałam się podejrzliwa... wyczulona na wszelkie przejawy odstępstwa od zachowania i zaufania - takiego jakim ja je postrzegałam. Miałam wewnętrzną pretensję do siebie, że wtedy gdy mnie zraniono nie dostrzegłam wystarczająco szybko "sygnałów ostrzegawczych". Stałam się nieznośna! Zazdrosna, a wręcz zaborcza - czasem już nawet bez jakiegokolwiek powodu. Moje myśli już w każdej chwili były gotowe by podszeptywać wszelkie najgorsze scenariusze. Wiele lat zajęła mi praca nad tym by to uporządkować, wyciszyć.
I było dobrze... było... do czasu. Zaczęło się niewinnie - od drobnych uwag na temat mojego wyglądu. Ale to byłam jeszcze wstanie "ogarnąć" w miarę na spokojnie bo sama chciałam wyglądać lepiej. wypowiedzianego przez sen kobiecego imienia. Potem wiadomości - oczywiście takiej "bez znaczenia" - i ok może tak było, ale obudził się już we mnie jakiś lęk... Następnie były odwiedziny nieznanej kobiety, której nie byłam wstanie otworzyć drzwi - po pierwsze nie czułam się upoważniona, a po drugie stałam sparaliżowana strachem przed tym czego zaraz mogę się dowiedzieć. Stałam zlana zimnym potem i tylko patrzyłam w kamerkę przy domofonie jak jakaś blondynka, kręci się zniecierpliwiona. Zastygłam. Były po tym rozmowy, tłumaczenia itp. ale mój umysł już stał na zupełnie innych torach - "awaryjnych" przeznaczonych do ucieczki.
Aż nastąpiły dla mnie dwie rzeczy które odepchnęły mnie skutecznie: 1) "kłamstewko dla mojego dobra, bym się nie denerwowała", polegające na tym, że zostanie dłużej w pracy a potem coś ma do załatwienia, podczas gdy była to kawka z koleżanką u siebie w mieszkaniu i 2) "heheszki" z tego jaka to ja niezadowolona jestem, że ktoś mi mało uwagi poświęca, a następnie pozwalanie na komentarze w stylu "to niech sobie znajdzie coś do roboty" oraz dowcipy z mojej zazdrości bez przyznania się do tego, jakim to żartowniś swoim zachowaniem ją spowodował, by pokazać siebie w świetle takiego fantastycznego i rozchwytywanego... Mierzi mnie coś takiego... Poziom zaufania już nie wynosi nawet 0 w takiej sytuacji a -50. Jest to żerowanie na najniższych emocjach. Nigdy nie zrozumiem tego jak można żartować sobie z czegoś co dzieje się między dwojgiem ludzi, co dla jednego z nich jest czymś ważnym i dotkliwym - z innymi osobami...
Brak zaufania - a co za tym idzie - brak poczucia bezpieczeństwa i nadziei na to, że będzie lepiej powoduje u mnie poczucie, że po miłości czy przyjaźni - pozostaje tylko żal generowany jedynie poczuciem przywiązania. Nie czuję miłości. Jak to ktoś kiedyś powiedział "mówi się że miłość jest ślepa. Wierzcie mi, to zupełne kłamstwo - nie ma niczego bardziej widzącego niż prawdziwa miłość. Niczego. Jest ona czymś najwyraźniej widzącym pod słońcem. To poświęcenie jest ślepe, przywiązanie jest ślepe..." [Anthony de Mello]. Nie będę już ślepa...
Budowanie zaufania to bardzo długa i mozolna droga... wymagająca cierpliwości, zrozumienia i spokoju. Szczerości. Póki co chyba nie wybiorę się w tę podróż. Postoję...

Komentarze
Prześlij komentarz